Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Dyżury administratorów RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
321 postów 10650 komentarzy

Bona diagnosis, bona curatio. Bez Boga ani do proga.

Rebeliantka - Zna się na zarządzaniu. Konserwatystka. W wieku średnim, ale bez oznak kryzysu. Nie znosi polityków mamiących ludzi obietnicami bez pokrycia (fumum vendere – dosł.: sprzedających dym). Współzałożycielka Konfederacji Rzeczpospolitej Blogerów

O psychiatrii represyjnej w Polsce

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Psychiatria jest szczególną dziedziną medycyny. W rękach nierzetelnych lub niekompetentnych lekarzy pozwala etykietować ludzi jako "urojeniowców" i umożliwia pozbawianie ich wolności w celu przymusowego "leczenia".

Obrazek użytkownika Rebeliantka
Kraj

Psychiatria jest szczególną dziedziną medycyny. W rękach nierzetelnych lub niekompetentnych lekarzy pozwala etykietować ludzi jako "urojeniowców" i umożliwia pozbawianie ich wolności w celu przymusowego "leczenia".

 

Jest taki autor (prawnik) na tym portalu, który owładnięty jest misją przekonywania czytelników, że psychiatrzy się na ogół nie "mylą" w swoich "diagnozach", a co czwarty Polak to mniejszy lub większy "świr" (tym wdzięcznym określeniem obrzuca nierzadko osoby, które - wbrew faktom i dowodom - chce pozbawić wiarygodności, gdy toczą one spory z funkcjonariuszami publicznymi).

Otóż psychiatria represyjna istnieje naprawdę. Wymaga ona współdziałania psychiatrów z organami ścigania i wymiarem sprawiedliwości. Jest to w Polsce bardzo łatwe, bo biegłych sądowych powołują prokuratorzy lub sędziowie oraz to ich jednostki płacą za wykonane opinie. Postępowanie nie jest w tym zakresie kontradyktoryjne, podsądny nie może wskazać "swojego" biegłego. Kto płaci, ten wymaga, a więc opinia jest zwykle zgodna z oczekiwaniami zleceniodawcy.

Jeśli prokurator lub sędzia chce, aby podważyć stan faktyczny sprawy wynikający z dowodów, nierzadko najpierw sięga (i to wbrew procedurze) do opinii biegłego, którego jedyną rolą jest w tym przypadku wskazać, że podsądny to paranoik, który ma urojenia. Niezwykle wygodna etykieta, to tzw. urojenia na tle funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Subkategoria, to tzw. urojenia pieniacze, które wygodnie jest przypisać osobom konsekwentnie domagającym się sprawiedliwości.

Potem, "uporczywym pieniaczom" można jeszcze zasądzić przymusowe leczenie i ma się niewygodnego osobnika "z głowy".

Wielokrotnie opisywałam jako dziennikarz takie przypadki. Tu przypomnę tylko casus Mariusza Cysewskiego, działacza publicznego, domagającego się zmian w wymiarze sprawiedliwości, m.in. wprowadzenia ław przysięgłych.

Pan Mariusz w zależności od sprawy (a prokuratorzy nękali go nieustępliwie postępowaniami karnymi - głównie za czyny patriotyczne) był w ocenie psychiatrów albo całkowicie zdrowy albo ciężko chory psychicznie. Diagnozy zmieniały się jak rękawiczki i może nawet byłoby to śmieszne, gdyby nie skrajnie uciążliwe i gdyby w którymś momencie nie poddano go przymusowemu leczeniu. Tylko zdeterminowana opinia publiczna uratowała Cysewskiego przed psychiatrycznymi represjami.

http://niepoprawni.pl/blog/rebeliantka/do-psychiatryka-za-walke-o-sprawiedliwy-system-prawny

 

Niezwykle pomocna w dowolnej "twórczości diagnostycznej" psychiatrów jest rozbudowana klasyfikacja chorób, pozwalająca prawie każdemu przypisać jakąś łatkę. W Polsce obowiązuje klasyfikacja ICD-10, opracowana przez WHO (klasyfikuje ona wszystkie choroby, obrażenia i przyczyny śmierci).

 

Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne opracowało .Podręcznik Diagnostyczny i Statystyczny(Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders, DSM), który obejmuje tylko zaburzenia psychiczne.

Chociaż DSM znajduje szersze zastosowanie w USA, a ICD cieszy się popularnością w większości krajów europejskich, to w rzeczywistości te dwa systemy mają ze sobą wiele wspólnego.

W tym kontekście warto przypomnieć, jak powstawał podręcznik DSM -III, który odegrał przełomową rolę w określeniu kryteriów diagnostycznych dla wszystkich zaburzeń psychicznych.

Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne (APA) zleciło Robertowi Spitzerowi, wpływowemu amerykańskiemu psychiatrze pochodzenia żydowskiego z Uniwersytetu Columbia, przewodniczenie grupie naukowej opracowującej trzecie wydanie DSM,

Kiedy DSM-III zostało opublikowane w 1980, zawierało 256 diagnoz (wzrost z 182 w poprzednim wydaniu), i weszło niemal do powszechnego użycia, nie tylko przez psychiatrów, ale również przez towarzystwa ubezpieczeniowe, szpitale, sądy, więzienia, szkoły, ośrodki badawcze, agendy rządowe i całą resztę instytucji medycznych. Jego głównym celem było wprowadzenie jednolitości (zwykle nazywanej „rzetelnością”) w stawianiu diagnoz psychiatrycznych, dzięki której różni psychiatrzy, którzy widzieli tego samego pacjenta, mogli stawiać te same diagnozy.

W tym celu każda z diagnoz została określona jako lista objawów z progami liczbowymi. Przykładowo, przejawianie co najmniej 5 z 9 wymienionych objawów było podstawą do otrzymania pełnej diagnozy epizodu depresji klinicznej z szerokiej kategorii „zaburzeń nastroju”. Był jeszcze jeden cel – uzasadnienie użycia leków psychoaktywnych. Prezes APA Carol Bernstein zasadniczo przyznała to w późniejszym okresie. Napisała: „W latach 70. konieczne stało się ułatwienie uzgadniania diagnoz wśród klinicystów, naukowców i ośrodków nadzorczych z powodu potrzeby dopasowania pacjentów do nowo powstających typów leczenia farmakologicznego”.

DSM-III niemal z pewnością był bardziej „rzetelny” od poprzednich wydań, ale rzetelność to nie to samo, co trafność. Rzetelność oznacza konsekwentność; trafność oznacza słuszność lub prawidłowość. Jeśli niemal wszyscy lekarze zgadzają się, że piegi są oznaką raka, diagnoza byłaby „rzetelna”, ale nie byłaby prawidłowa. Problem z DSM jest taki, że niemal we wszystkich swoich wydaniach, stanowił on odbicie poglądów autorów, a w przypadku DSM-III głównie samego Spitzera, który został słusznie nazwany jednym z najbardziej wpływowych psychiatrów XX wieku. Jak sam powiedział, do współpracy w 15-osobowej grupie zadaniowej „wybierał tych, z którymi mu się dobrze pracowało”. Stawiano zarzuty, że zwołał zbyt mało posiedzeń i ogólnie prowadził prace w sposób nazbyt losowy i arbitralny. Spitzer powiedział w wywiadzie z 1989 roku: „Mogłem przeforsować swój punkt widzenia przez słodką mowę [pochlebstwa]”. George Vaillant, profesor psychiatrii na Harvard Medical School napisał w artykule z 1984 roku, że DSM-III stanowi „śmiałą serię wyborów opierających się na zgadywaniu, upodobaniu, uprzedzeniu i nadziei”, co wydaje się uczciwym opisem.

http://http://www.psychologia.edu.pl/obserwatorium-psychologiczne/1750-farmakologiczne-iluzje-psychiatrii.html(link is external)

Spitzer jest też znany z tego, że przyczynił się do usunięcia homoseksualizmu z klasyfikacji DSM.

 

Nie będę formułowała końcowych konkluzji, niech czytelnicy zrobią to sami.

Warto jednak podkreślić, że medykalizacja psychiatrii okazała się przeciwskuteczna. Z badań wynika np., że:
1/ w ostatnich dwóch dekadach wyniki leczenia schizofrenii pogorszyły się i były porównywalne z wynikami osiąganymi 100 lat wcześniej,
2/ efekty leczenia schizofrenii są lepsze w krajach słabiej rozwiniętych niż w Stanach Zjednoczonych,
3/ w Stanach Zjednoczonych w ostatnich dekadach miał miejsce trzykrotny wzrost osób chorych psychicznie.

http://www.psychologia.edu.pl/obserwatorium-psychologiczne/1281-zmiana-podejscia-do-leczenia-psychiatrycznego.html(link is external)

Marcia Angell, amerykańska lekarka i pierwsza kobieta, która pełniła funkcję redaktora naczelnego New England Journal of Medicine, starszy wykładowca w Departamencie Globalnego Zdrowia i Medycyny Społecznej w Harvard Medical School w Bostonie, Massachusetts, pisze dobitnie:

W odróżnieniu od zaburzeń leczonych w większości innych gałęzi medycyny, nie ma obiektywnych kryteriów lub testów dla choroby psychicznej – nie ma danych laboratoryjnych albo skanów fMRI – a granice między normalnością a nienormalnością są często niejasne. To sprawia, że rozszerzeniu ulegają granice diagnostyczne, możliwe staje się też tworzenie nowych diagnoz, co byłyby niemożliwe w, dajmy na to, kardiologii. A koncerny farmaceutyczne mają swój interes w nakłanianiu psychiatrów, aby robili właśnie to.

Opinia Marcii Angell, to opinia osoby nie obawiającej się krytykować konfliktów interesów między placówkami medycznymi a społeczeństwem. Angell mówi twardo, że  "nie można już wierzyć w większość opublikowanych badań klinicznych ani polegać na osądach zaufanych lekarzy lub na autorytatywnych wytycznych medycznych", szczególnie tam, gdzie powstają one na podstawie badań leków lub urządzeń. Angell jest zdecydowanym krytykiem przemysłu farmaceutycznego, autorką książki: „Prawda o firmach farmaceutycznych: jak nas oszukują i co z tym zrobić” .

Wykazała, że mimo iż przemysł farmaceutyczny szacuje, że badania i wprowadzenie na rynek każdego nowego leku kosztuje średnio ok. 800 milionów USD, to w rzeczywistości jest on zbliżony do 100 milionów USD.

W 2004 roku napisała: "Łączne zyski dla dziesięciu firm farmaceutycznych z listy Fortune 500 (35,9 mld USD) były większe niż zyski wszystkich pozostałych 490 firm razem wziętych (33,7 mld USD) [w 2002 r.] ... W ciągu ostatnich dwóch dekad przemysł farmaceutyczny oddalił się bardzo od pierwotnego szlachetnego celu, jakim jest odkrywanie i wytwarzanie użytecznych nowych leków. Ta branża, będąca obecnie przede wszystkim maszyną marketingową do sprzedaży leków o wątpliwych korzyściach, wykorzystuje swoje bogactwo i moc, by dokooptować każdą instytucję, która może stanąć jej na drodze, w tym Kongres USA, FDA, akademickie centra medyczne i sam zawód medyczny. Większość działań marketingowych koncentruje się na wywieraniu wpływu na lekarzy, ponieważ muszą oni wypisywać recepty. Jeśli leki na receptę byłyby jak zwykłe dobra konsumpcyjne, to może nie miałoby to większego znaczenia. Ale leki uzależniają.  Nie ma równowagi pomiędzy poszukiwaniem zysków koncernów farmaceutycznych a troską o pacjentów".

 

Pamiętajmy o tym, gdy ktoś nam wtłacza tezę, że co czwarty Polak potrzebuje pomocy psychiatrycznej.



Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/rebeliantka/psychiatria-represyjna-istnieje-naprawde

©: autor tekstu w serwisie Niepoprawni.pl | Dziękujemy! :). <- Bądź uczciwy, nie kasuj informacji o źródle - blogerzy piszą za darmo, szanuj ich pracę.

 

Na portalu niepoprawni.pl udziela się ostatnio autor (prawnik), który owładnięty jest misją przekonywania czytelników, że psychiatrzy się na ogół nie "mylą" w swoich "diagnozach", a co czwarty Polak to mniejszy lub większy "świr". Tym wdzięcznym określeniem obrzuca on nierzadko osoby, które - wbrew faktom i dowodom - chce pozbawić wiarygodności, gdy toczą one spory z funkcjonariuszami publicznymi.

Reprezentuje punkt widzenia psychiatrii represyjnej. Istnieje ona naprawdę. Wymaga współdziałania psychiatrów z organami ścigania i wymiarem sprawiedliwości. Jest to w Polsce bardzo łatwe, bo biegłych sądowych powołują prokuratorzy lub sędziowie oraz to ich jednostki płacą za wykonane opinie. Postępowanie nie jest w tym zakresie kontradyktoryjne, podsądny nie może wskazać "swojego" biegłego. Kto płaci, ten wymaga, a więc opinia jest zwykle zgodna z oczekiwaniami zleceniodawcy.

Jeśli prokurator lub sędzia chce, aby podważyć stan faktyczny sprawy wynikający z dowodów, nierzadko najpierw sięga (i to wbrew procedurze) do opinii biegłego, którego jedyną rolą jest w tym przypadku wskazać, że podsądny to paranoik, który ma urojenia zarowno co do faktów, jak i dowodów. Niezwykle wygodna etykieta, która jest często stosowana wówczas przez psychiatrów,  to tzw. urojenia na tle funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Subkategorią są z kolei tzw. urojenia pieniacze, które wygodnie jest przypisać osobom konsekwentnie domagającym się sprawiedliwości.

Potem, "uporczywym pieniaczom" można jeszcze zasądzić przymusowe leczenie i ma się niewygodnego osobnika "z głowy".

Wielokrotnie opisywałam jako dziennikarz takie przypadki. Tu przypomnę tylko casus Mariusza Cysewskiego, działacza publicznego, domagającego się zmian w wymiarze sprawiedliwości, m.in. wprowadzenia ław przysięgłych.

Pan Mariusz w zależności od sprawy (a prokuratorzy nękali go nieustępliwie postępowaniami karnymi - głównie za czyny patriotyczne) był w ocenie psychiatrów albo całkowicie zdrowy albo ciężko chory psychicznie. Diagnozy zmieniały się jak rękawiczki i może nawet byłoby to śmieszne, gdyby nie skrajnie uciążliwe i gdyby w którymś momencie nie poddano go przymusowemu leczeniu. Tylko zdeterminowana opinia publiczna uratowała Cysewskiego przed psychiatrycznymi represjami.

http://niepoprawni.pl/blog/rebeliantka/do-psychiatryka-za-walke-o-sprawiedliwy-system-prawny

  

Niezwykle pomocna w dowolnej "twórczości diagnostycznej" psychiatrów jest rozbudowana klasyfikacja chorób, pozwalająca prawie każdemu przypisać jakąś łatkę. W Polsce obowiązuje klasyfikacja ICD-10, opracowana przez WHO (klasyfikuje ona wszystkie choroby, obrażenia i przyczyny śmierci).

Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne opracowało .Podręcznik Diagnostyczny i Statystyczny(Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders, DSM), który obejmuje tylko zaburzenia psychiczne.

Chociaż DSM znajduje szersze zastosowanie w USA, a ICD cieszy się popularnością w większości krajów europejskich, to w rzeczywistości te dwa systemy mają ze sobą wiele wspólnego.

W tym kontekście warto przypomnieć, jak powstawał podręcznik DSM -III, który odegrał przełomową rolę w określeniu kryteriów diagnostycznych dla wszystkich zaburzeń psychicznych.

Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne (APA) zleciło Robertowi Spitzerowi, wpływowemu amerykańskiemu psychiatrze pochodzenia żydowskiego z Uniwersytetu Columbia, przewodniczenie grupie naukowej opracowującej trzecie wydanie DSM,

Kiedy DSM-III zostało opublikowane w 1980, zawierało 256 diagnoz (wzrost z 182 w poprzednim wydaniu), i weszło niemal do powszechnego użycia, nie tylko przez psychiatrów, ale również przez towarzystwa ubezpieczeniowe, szpitale, sądy, więzienia, szkoły, ośrodki badawcze, agendy rządowe i całą resztę instytucji medycznych. Jego głównym celem było wprowadzenie jednolitości (zwykle nazywanej „rzetelnością”) w stawianiu diagnoz psychiatrycznych, dzięki której różni psychiatrzy, którzy widzieli tego samego pacjenta, mogli stawiać te same diagnozy.

W tym celu każda z diagnoz została określona jako lista objawów z progami liczbowymi. Przykładowo, przejawianie co najmniej 5 z 9 wymienionych objawów było podstawą do otrzymania pełnej diagnozy epizodu depresji klinicznej z szerokiej kategorii „zaburzeń nastroju”. Był jeszcze jeden cel – uzasadnienie użycia leków psychoaktywnych. Prezes APA Carol Bernstein zasadniczo przyznała to w późniejszym okresie. Napisała: „W latach 70. konieczne stało się ułatwienie uzgadniania diagnoz wśród klinicystów, naukowców i ośrodków nadzorczych z powodu potrzeby dopasowania pacjentów do nowo powstających typów leczenia farmakologicznego”.

DSM-III niemal z pewnością był bardziej „rzetelny” od poprzednich wydań, ale rzetelność to nie to samo, co trafność. Rzetelność oznacza konsekwentność; trafność oznacza słuszność lub prawidłowość. Jeśli niemal wszyscy lekarze zgadzają się, że piegi są oznaką raka, diagnoza byłaby „rzetelna”, ale nie byłaby prawidłowa. Problem z DSM jest taki, że niemal we wszystkich swoich wydaniach, stanowił on odbicie poglądów autorów, a w przypadku DSM-III głównie samego Spitzera, który został słusznie nazwany jednym z najbardziej wpływowych psychiatrów XX wieku. Jak sam powiedział, do współpracy w 15-osobowej grupie zadaniowej „wybierał tych, z którymi mu się dobrze pracowało”. Stawiano zarzuty, że zwołał zbyt mało posiedzeń i ogólnie prowadził prace w sposób nazbyt losowy i arbitralny. Spitzer powiedział w wywiadzie z 1989 roku: „Mogłem przeforsować swój punkt widzenia przez słodką mowę [pochlebstwa]”. George Vaillant, profesor psychiatrii na Harvard Medical School napisał w artykule z 1984 roku, że DSM-III stanowi „śmiałą serię wyborów opierających się na zgadywaniu, upodobaniu, uprzedzeniu i nadziei”, co wydaje się uczciwym opisem.

http://http://www.psychologia.edu.pl/obserwatorium-psychologiczne/1750-farmakologiczne-iluzje-psychiatrii.html

Spitzer jest też znany z tego, że przyczynił się do usunięcia homoseksualizmu z klasyfikacji DSM.

 

Nie będę formułowała końcowych konkluzji, niech czytelnicy zrobią to sami.

Warto jednak podkreślić, że medykalizacja psychiatrii okazała się przeciwskuteczna. Z badań wynika np., że:

1/ w ostatnich dwóch dekadach wyniki leczenia schizofrenii pogorszyły się i były porównywalne z wynikami osiąganymi 100 lat wcześniej,

2/ efekty leczenia schizofrenii są lepsze w krajach słabiej rozwiniętych niż w Stanach Zjednoczonych,

3/ w Stanach Zjednoczonych w ostatnich dekadach miał miejsce trzykrotny wzrost osób chorych psychicznie.

http://www.psychologia.edu.pl/obserwatorium-psychologiczne/1281-zmiana-podejscia-do-leczenia-psychiatrycznego.html

 

Marcia Angell, amerykańska lekarka i pierwsza kobieta, która pełniła funkcję redaktora naczelnego New England Journal of Medicine, starszy wykładowca w Departamencie Globalnego Zdrowia i Medycyny Społecznej w Harvard Medical School w Bostonie, Massachusetts, pisze dobitnie:

W odróżnieniu od zaburzeń leczonych w większości innych gałęzi medycyny, nie ma obiektywnych kryteriów lub testów dla choroby psychicznej – nie ma danych laboratoryjnych albo skanów fMRI – a granice między normalnością a nienormalnością są często niejasne. To sprawia, że rozszerzeniu ulegają granice diagnostyczne, możliwe staje się też tworzenie nowych diagnoz, co byłyby niemożliwe w, dajmy na to, kardiologii. A koncerny farmaceutyczne mają swój interes w nakłanianiu psychiatrów, aby robili właśnie to.

Opinia Marcii Angell, to opinia osoby nie obawiającej się krytykować konfliktów interesów między placówkami medycznymi a społeczeństwem. Angell mówi twardo, że "nie można już wierzyć w większość opublikowanych badań klinicznych ani polegać na osądach zaufanych lekarzy lub na autorytatywnych wytycznych medycznych", szczególnie tam, gdzie powstają one na podstawie badań leków lub urządzeń. Angell jest zdecydowanym krytykiem przemysłu farmaceutycznego, autorką książki: „Prawda o firmach farmaceutycznych: jak nas oszukują i co z tym zrobić” .

Wykazała, że mimo iż przemysł farmaceutyczny szacuje, że badania i wprowadzenie na rynek każdego nowego leku kosztuje średnio ok. 800 milionów USD, to w rzeczywistości jest on zbliżony do 100 milionów USD.

W 2004 roku napisała: "Łączne zyski dla dziesięciu firm farmaceutycznych z listy Fortune 500 (35,9 mld USD) były większe niż zyski wszystkich pozostałych 490 firm razem wziętych (33,7 mld USD) [w 2002 r.] ... W ciągu ostatnich dwóch dekad przemysł farmaceutyczny oddalił się bardzo od pierwotnego szlachetnego celu, jakim jest odkrywanie i wytwarzanie użytecznych nowych leków. Ta branża, będąca obecnie przede wszystkim maszyną marketingową do sprzedaży leków o wątpliwych korzyściach, wykorzystuje swoje bogactwo i moc, by dokooptować każdą instytucję, która może stanąć jej na drodze, w tym Kongres USA, FDA, akademickie centra medyczne i sam zawód medyczny. Większość działań marketingowych koncentruje się na wywieraniu wpływu na lekarzy, ponieważ muszą oni wypisywać recepty. Jeśli leki na receptę byłyby jak zwykłe dobra konsumpcyjne, to może nie miałoby to większego znaczenia. Ale leki uzależniają. Nie ma równowagi pomiędzy poszukiwaniem zysków koncernów farmaceutycznych a troską o pacjentów".

 

Pamiętajmy o tym, gdy ktoś nam wtłacza tezę, że co czwarty Polak potrzebuje pomocy psychiatrycznej.

 

 

KOMENTARZE

  • Oj Rebeliantko!
    To jest temat moloch.

    Na wielkie dyskusje. Ponieważ mało jest nie skorumpowanych i uczciwych psychiatrów to z kim prowadzić dialog?

    Na początku obciążasz bieg łych sądowych - psychiatrów o załatwianie psychuszek dla krnąbrnych.
    Ale to nie oni. Są tylko głupim i pożytecznym narzędziem w rękach zdemoralizowanych i dysfunkcyjnych sądów.
    Właściwa droga, to:
    - I etap - sędziowie
    - II etap procedura sądowa
    - III etap eksperci, w tym psychiatrzy.

    Pozdrawiam
  • @Janusz Kamiński 19:12:35
    Sędziowie nie byliby w stanie nikomu zdrowemu przypisać niepoczytalności, gdyby nie było przekupnych, dyspozycyjnych biegłych.

    Procedura nie jest zła. Jedynie brakuje kontradyktoryjności i rzetelności w stosowaniu procedury.

    A poza tym psychiatrzy mają interes w tym, by jak najwięcej osób "leczyć".
  • @Rebeliantka 19:24:14
    5! I większość psychiatrów powinna być tam gdzie ich pacjenci. Ja 2je rozjechałem na miazgę parę lat temu. Pzd!
  • W książce Paula Coelho
    "Weronika postanawia umrzeć" zawarte są m.in. przemyślenia lekarza psychiatry ze szpitala, do którego trafiła bohaterka po nieudanej próbie samobójczej. Psychiatra ten uważał, że pacjenci jego szpitala są normalnymi ludżmi, zaburzeni psychicznie to ci, którzy pozostawali na zewnątrz.
    WHO zgodnie z trendami grzebie się teraz w sferach seksualnych. W ubiegłym roku przegłosowała, że transseksualizm należy wykreślić z kategorii zaburzeń psychicznych ale, co grożne: włączyła również dzieci do kategorii transseksualistów. Seksoholizm uznała za zaburzenie psychiczne tak jak inne nałogi, a gdzieś w internecie czytałam, że brak uprawiania seksu włączyła do zaburzeń.
  • Rebeliantka
    Pochodzę z rodziny lekarskiej, ale akurat żadnego w niej psychiatry, choć znają wielu. Zresztą sam chciałem być chirurgiem, ale po technikum było trudno dostać się na medycynę, czego żałuję.

    Problemem nie są choroby psychiczne, bo one są i nieraz trzeba je leczyć farmakologicznie.

    Problemem są lekarze, z których tylko mała część są psychiatrzy z powołania a akurat w tym obszarze to najważniejsze.

    To temat rzeka. Dobrze, że go poruszyłaś. Może komuś to też da do myślenia, bo nawet ktoś normalny może zostać zdiagnozowany negatywnie.

    Czegoś Ci się nie chce i już masz depresję. Jesteś za bardzo aktywny już masz manię lub hipomanię lub w najlepszym razie cyklotymię. Jesteś zwolennikiem teorii spiskowych to masz schizofrenię, często myjesz ręce to masz nerwicę natręctw itd, itp.

    Tak patrzywszy to wszyscy są nienormalni, bo każdemu coś tam można wymyślić a koncerny farmaceutyczne tylko "zacierają ręce".

    Pozdrawiam
  • @wercia 21:44:55
    Słuszne uwagi. Mnożenie zaburzeń na listach WHO zgodnie z lewackimi trendami to bardzo niebezpieczne zjawisko.
  • @krzysztofjaw 22:28:23
    Bardzo trafne - w mojej ocenie - jest stwierdzenie, że problemem są lekarze.

    Oto opinia pochodząca z wewnątrz tego środowiska, sformułowana przez Roberta Whitakera, pisarza medycznego, autora tekstu „Sprawa przeciwko lekom przeciwpsychotycznym: 50-letni rekord wyrządzania więcej szkody niż pożytku” i książki "Anatomia epidemii":

    Liczba chorych psychicznie pacjentów w Ameryce stale rośnie, pomimo tak zwanej „rewolucji psychofarmakologicznej”. Główną tezą Whitakera jest to, że leki psychofarmakologiczne działają dobrze w celu ograniczenia ostrych objawów. Jednak pacjenci leczeni nimi długotrwale często stają się bardziej niepełnosprawni niż wówczas, gdy rozpoczęli leczenie. Psychiatria sprzymierzyła się z przemysłem farmaceutycznym i jest przezeń manipulowana.

    Niepokojące rozpowszechnienie sprzedawania środków psychoaktywnych przez koncerny – poprzez różne formy marketingu, zarówno legalnego, jak i nielegalnego, a także działania, które wielu uznałoby za przekupstwo – stało się wyznacznikiem tego, czym jest choroba psychiczna i jak zaburzenia powinny być diagnozowane i leczone. Wielu wybitnych psychiatrów akademickich pracowało jako kluczowe firmy opiniotwórcze w firmach farmaceutycznych i otrzymywało rekompensatę w wysokości milionów dolarów.
  • @Rebeliantka 19:24:14
    To też prawda.
    No własnie - kontradyktoryjność. Moje stanowisko jest takie, że dowodem dla sądu powinny być przynajmniej dwie niezależne opinie psychiatryczne. I konieczny warunek - obaj psychiatrzy powinni być oddaleni i bez powiązań osobistych, a co najważniejsze - nie mogą nawzajem znać tożsamości drugiego.

    Tata też był biegłym sądowym. Lecz nie psychiatrą. Mimo tego, jak mi dużo później opowiadał, spora część przypadków, to sprawy zahaczające o psychiatrię.
    Osobiście znam dwóch psychiatrów - biegłych sądowych i nie mam o nich dobrego zdania.

    I teraz najważniejsze - uważam nadal, mimo potężnego rozwoju, że psychiatria jest ciągle młodym, eksperymentalnym działem medycyny.
    Nic tu jeszcze nie jest raz na zawsze ustalone.

    To co wiemy na pewno, to fakt zaburzeń równowagi neurohormonów: przede wszystkim dopaminy i serotoniny i GABA, oraz roli podwzgórza (hypothalamus) w utrzymywaniu stanu optymalnego.

    Natomiast jakie schorzenia psychiatryczne w jaki sposób są stymulowane, nie wiemy na pewno.
    I też tutaj należy się zastanowić już poza-medycznie, która jednostka psychiatryczna jest somatyczna, a co możemy powiedzieć - jest chorobą umysłu.

    Spitzerowi marzy się zostać Linneuszem zaburzeń umysłowych. Wszystko pięknie skatalogować, posegregować, podzielić na typy i gromady, itd.

    I co z tego mamy? Gie. Pacjenta precyzyjna diagnoza mało interesuje, jeżeli to nie przynosi ulgi.

    Na dodatek, ta główna sądowa dysputa: czy oskarżony był świadomy, czy nie swoich czynów w momencie popełnienia przestępstwa, jest nieco zabawna, jeżeli do tego momentu nie potrafimy sformułować definicji świadomości. To ciągle Arka Przymierza, czy Święty Graal filozofii, medycyny, kognitywistyki, psychologii i teologii.
    Niby wszyscy intuicyjnie wyczuwają, ale tak, jak nie potrafimy powiedzieć, czym jest ludzka pamięć, gdzie i jak jest magazynowana, jakie jest do niej wejście i wyjście, to w rozmyślaniach napotykamy betonową ścianę, mimo ze już schodzimy na poziomy fizyki kwantowej.

    Tak więc uważam, że sądowe ekspertyzy psychiatryczne w grubo ponad 50 procentach są tyle warte, co próba wodna mająca zdecydować, czy kobieta jest czarownicą, czy nie.
    Kto nie wie, to przypomnę, że wkładano kobietę do worka i wrzucano do jeziora, czy rzeki. Jeżeli się utopiła, to nie była czarownicą. A jeżeli pływa na powierzchni, to czarownicą jest i można ją spokojnie spalić.

    Pozdrawiam
  • @Krystyna Trzcińska 01:51:18
    Czy może Pan pousuwać te obrazki? Mało wnoszą do dyskusji.
  • @Rebeliantka 12:06:23
    Pani Rebeliantko, proszę samemu usunąć. To niepoważne trollowanie, albo głupia zabawa.
  • @Janusz Kamiński 12:53:12
    Jeszcze zaczekam na reakcję Bogumiła Boguslawa - zainteresowanego twórcy języka obrazkowego..

    Ps. Za chwilę odpowiem na Pana ciekawy komentarz z godziny 7. rano.
  • @Janusz Kamiński 07:07:13
    Dzięki za obszerny komentarz. Zgadzam się z większością uwag.

    Trzeba byłoby jednak dodać, jak podnoszą wybitni autorzy, że nie ma dowodów na to, iż leki psychoaktywne są skuteczne. Cytuję:

    Czy rozpowszechnienie chorób psychicznych jest rzeczywiście tak duże i ciągle rośnie? W szczególności, jeśli te zaburzenia są determinowane biologicznie i nie są wynikiem wpływów środowiskowych, czy możliwe jest, że taki wzrost jest rzeczywisty? Czy jest tak, że uczymy się rozpoznawać i diagnozować choroby psychiczne, które istniały od zawsze? Czy może jest tak, że jedynie rozszerzamy kryteria chorób psychicznych, z związku z czym niemal każdy jakąś ma? Co z lekami, które są filarem leczenia? Czy działają? Jeśli tak, czy nie powinniśmy oczekiwać, że występowanie chorób psychicznych będzie malało, a nie rosło?

    Między innymi te pytania stawiają sobie autorzy trzech prowokacyjnych książek, .... Na te pytania odpowiadają ludzie z trzech różnych środowisk – Irving Kirsch jest psychologiem na University of Hull, Robert Whitaker jest dziennikarzem, autorem historii leczenia chorób psychicznych pt. Mad In America (2001), a Daniel Carlat psychiatrą praktykującym na przedmieściach Bostonu i prowadzącym blog na temat swojego zawodu.

    Autorzy podkreślają różne aspekty epidemii chorób psychicznych. Kirsch zastanawia się, czy antydepresanty są skuteczne. Whitaker, który przyjmuje bardziej agresywną postawę, zajmuje się całością spektrum chorób psychicznych i pyta, czy leki psychoaktywne nie stwarzają gorszego problemu, niż ten, który rozwiązują. Carlat, którego książka wypełnia raczej smutek niż gniew, rozważa głównie to, jak psychiatria sprzymierzyła się z przemysłem farmaceutycznym i jak jest przezeń manipulowana. Pomimo dzielących ich różnic, wszyscy trzej osiągają podziwu godną zgodność na pewne bardzo istotne kwestie. Swoje poglądy dobrze udokumentowali.

    Po pierwsze, zgadzają się co do tego, że niepokojące rozpowszechnienie sprzedawania środków psychoaktywnych przez koncerny – poprzez różne formy marketingu, zarówno legalnego, jak i nielegalnego, a także działania, które wielu uznałoby za przekupstwo – stało się wyznacznikiem tego, czym jest choroba psychiczna i jak zaburzenia powinny być diagnozowane i leczone. .....

    Po drugie, żaden z trzech autorów nie zgadza się z popularną teorią, że choroba psychiczna jest spowodowana nierównowagą chemiczną w mózgu. Jak opisuje Whitaker, teoria ta została stworzona krótko po tym, jak leki psychoaktywne zostały wprowadzone do obiegu w latach 50. Pierwszym lekiem był Thorazine (chlorpromazine), który wprowadzono w 1954 roku jako „silny uspokajacz” i szybko zaczęto powszechnie wykorzystywać w szpitalach psychiatrycznych w celu uspokojenia pacjentów z zaburzeniami psychotycznymi, głównie schizofreników. Rok później pojawił się Miltown (meprobamate), sprzedawany jako „słaby uspokajacz” do leczenia lęków u pacjentów niehospitalizowanych. W roku 1957, na rynku pojawił się Marsilid (iproniazid) jako „energetyk psychiczny” do leczenia depresji.

    W okresie 3 lat, leki stały się więc dostępne do leczenia trzech ówcześnie głównych kategorii chorób psychicznych – psychozy, lęku i depresji – a oblicze psychiatrii zmieniło się całkowicie. Leki te jednak nie zostały stworzone do leczenia chorób psychicznych. Wywodziły się one od środków do leczenia infekcji, mimochodem wykryto, że wpływają na stan psychiczny. Na początku nikt nie miał żadnego pojęcia, jak one działają. Po prostu przytępiały niepokojące objawy psychiczne. Jednak w ciągu następnych dziesięciu lat, badacze wykazali, że leki te, a także nowe leki psychoaktywne, które wkrótce się pojawiły, wpływają na ilość pewnych obecnych w mózgu substancji chemicznych.

    ...................
    Kiedy wykazano, że leki psychoaktywne wpływają na poziom neurotransmiterów w mózgu, mierzonych głównie ilością ich produktów metabolicznych w płynie mózgowo-rdzeniowym, powstała teoria, która mówiła, że przyczyną choroby umysłowej jest anormalna koncentracja tych substancji w mózgu, której przeciwdziała się stosownym lekiem. Przykładowo, ponieważ wykazano, że Thorazine obniża poziom dopaminy w mózgu, postulowano, że psychozy, takie jak schizofrenia, są spowodowane przez nadmiar dopaminy. Później, z powodu tego, że antydepresanty podwyższają poziom serotoniny w mózgu, postulowano, że przyczyną depresji jest niedomiar serotoniny. (Tego rodzaju antydepresanty, takie jak Prozac lub Celexa, nazywają się selektywnymi inhibitorami wychwytu zwrotnego serotoniny [SSRI], ponieważ zapobiegają ponownej absorpcji serotoniny przez neurony, które ją wydzielają, w wyniku czego więcej pozostaje jej w synapsach i aktywuje inne neurony.) W ten sposób, zamiast stworzyć lek dla leczenia zaburzenia, zaproponowano zaburzenie, które pasuje do leku.

    Jak wskazują wszyscy trzej autorzy, był to wielki przeskok logiczny. Jest zupełnie prawdopodobne, że leki, które wpływają na poziom neurotransmiterów, łagodzą objawy, nawet jeśli neurotransmitery nie mają nic wspólnego z samą chorobą (jest możliwe, że łagodzą objawy przez całkowicie inny sposób działania). Jak wyraził to Carlin: „Tak samo można byłoby przekonywać, że przyczyną występowania bólu jest brak opiatów, ponieważ narkotyczne środki przeciwbólowe aktywują receptory opiatów w mózgu”. Podobnie można argumentować, że gorączka jest spowodowana przez brak aspiryny.

    Jednak głównym problemem z tą teorią jest to, że po dziesięcioleciach prób potwierdzenia jej, badacze nie mają w ręku żadnych dowodów. Wszyscy trzej autorzy dokumentują porażkę naukowców w poszukiwaniu przekonujących dowodów na jej rzecz. Funkcjonowanie neurotransmiterów wydaje się działać normalnie przed leczeniem chorych psychicznie ludzi. W słowach Whitakera:

    Przed leczeniem, pacjenci zdiagnozowani ze schizofrenią, depresją i innymi zaburzeniami psychiatrycznymi, nie cierpią na żadną znaną „nierównowagę chemiczną”. Jednakże, kiedy daną osobę podda się leczeniu środkami psychiatrycznymi, które, w ten lub inny sposób, zaburzają zwykłą mechanikę działania neuronów, jej mózg zaczyna funkcjonować… anormalnie.

    Carlat nazywa teorię nierównowagi chemicznej „mitem” (wygodnym mitem, pozwalającym pozbawić stygmatyzacji osobę chorą psychicznie), a Kirsch, którego książka skupia się na depresji, podsumowuje to w ten sposób: „Wydaje się teraz rzeczą nie ulegającą wątpliwości, że rozpowszechniona koncepcja depresji jako stanu nierównowagi chemicznej jest po prostu błędna” .

    .............
    Jak napisał Kirsch, „zebranie wszystkiego do kupy”

    prowadzi do wniosku, że stosunkowo mała różnica między lekami a placebo może w ogóle nie wynikać z działania leku. Może to być zwiększony efekt placebo, wynikły z faktu że niektórzy pacjenci zgadli, czy podawano im lek, czy placebo. Jeśli tak jest rzeczywiście, to wówczas nie ma żadnej realnej skuteczności leku antydepresyjnego. Zamiast porównywać placebo z lekiem, porównywaliśmy „zwykłe” placebo z „silnym” placebo.

    Ta zaskakująca konkluzja wprost podważa szeroko przyjęty w medycynie pogląd, ale Kirsch dochodzi do niej w sposób ostrożny i logiczny. Psychiatrzy, którzy korzystają z antydepresantów – czyli większość – i pacjenci, którzy je zażywają, mogą twierdzić z doświadczeń klinicznych, że leki te działają. Jednak anegdoty stanowią wątpliwą metodę oceny danego leczenia, ponieważ tak łatwo poddają się subiektywnym wrażeniom; mogą podawać hipotezy do potwierdzenia, ale nie mogą ich dowodzić. Dlatego właśnie opracowanie w środku minionego stulecia paradygmatu podwójnie ślepej, losowej próby klinicznej z wykorzystaniem placebo było tak istotnym postępem w medycynie.
    ................

    Gdzie Kirsch dochodzi do wniosku, że antydepresanty przypuszczalnie nie są skuteczniejsze od placebo, Whitaker stwierdza, że one i większość innych leków psychoaktywnych nie tylko nie działa, ale jest nawet szkodliwa. Rozpoczyna zauważając, że wraz ze wzrostem częstości poddawania chorych psychicznie leczeniu, wzrosło również rozpowszechnienie leczonych zaburzeń:

    Ilość niezdolnych do funkcjonowania chorych psychicznie osób dramatycznie się zwiększyła od roku 1955 i w ciągu ostatnich dwóch dziesięcioleci, okresie, w którym przepisywanie leków psychiatrycznych stało się ogromnie popularne, ilość dorosłych i dzieci pozbawionych zdolności do funkcjonowania rosła w niebotycznym tempie. W ten sposób docieramy do oczywistego pytania, które na swój sposób jest heretyckie: Czy nasz oparty na lekach paradygmat opieki zdrowotnej sam w jakiś nieznany sposób tę współczesną plagę napędza?

    Ponadto, Whitaker utrzymuje, że historia naturalna choroby umysłowej zmieniła się. Podczas gdy zaburzenia takie jak schizofrenia i depresja miały niegdyś charakter epizodyczny i po jakimś czasie same ustępowały, zaś każdy kolejny epizod trwał nie dłużej niż 6 miesięcy i był poprzedzony okresem normalnego funkcjonowania, obecnie zaburzenia te są chroniczne i trwają przez całe życie. Whitaker sądzi, że może to wynikać z tego, że leki, mimo, iż łagodzą objawy na krótką metę, na długą metę wyrządzają szkody, które występują nadal wtedy, gdy choroba ustąpiłaby w sposób naturalny.

    ----------------------

    To na razie tyle a propos wiedzy psychiatrów i skuteczności współczesnych metod leczenia.
  • @Rebeliantka 15:42:09
    Witam

    Te trzy przywołane książki i autorzy chyba dowodzą zdecydowanie, że psychiatrzy są zagubieni i ciągle błądzą Jak widać nie potrafią sformułować spójnej i logicznej teorii zaburzeń psychicznych.

    To fakt, że antydepresanty z grupy SSRI nie działają u ponad 50% pacjentów. To porażka. Nawet pewne mutacje, mające działanie dopaminergiczne nie sprawdzają się.
    Jest tylko jedno ale - amerykańskie koncerny, bez wątpienia najsilniejsze na świecie, gdzie Pfizer z Prozacem rozpoczął pochód SSRI, starają się nie dopuścić na rynek atypowych antydepresantów, mimo, że świat już idzie w takim kierunku. Zsyntetyzowany we Francji Coaxil, robiący wielką karierę na wschodzie (Indie szczególnie) nie ma pozwolenia na obrót w USA. Jest to dobry lek pod pewnymi względami - w odróżnieniu od fluoksetyny i późniejszych klonów, nie hamuje libido, nie prowadzi do otyłości, a co najważniejsze likwiduje dystymię, czyli niechęć do działania i podejmowania decyzji. Jak to się mówi - napędza człowieka i zmniejsza apatię. Co z tego - nie jest amerykański i już.
    Obecnie coraz większą furorę wśród nowych antydepresantów, również w Polsce, robi Trittico. To nie jest klasyczny SSRI, choć też wpływa na serotoninę. Nie działa na wychwyt zwrotny tylko wpływa na przewodnictwo serotoninergiczne w mózgu. Jest świetny w zaburzeniach snu, zmniejsza stany niepokoju i też zmniejsza zahamowanie psychomotoryczne. Lek działa bardzo indywidualnie i głównie poleca się odmiany o przedłużonym działaniu CR i XR (różne krzywe wchłaniania).
    Dawkę trzeba eksperymentalnie dobrać z zakresu 50 - 300 mg. Każdy reaguje odmiennie i psychiatrzy się złoszczą. Najlepiej robić to samemu poprzez samoobserwację.

    Ale ściśle obserwuję, co, jak twierdzą klinicyści, także w Polsce, pracę nad lekiem, który potrafi wyleczyć depresję jednorazowo w jeden dzień. Jest tylko jedno ale - to od dawna znana substancja o działaniu euforycznym, na szczęście krótkotrwałym i w pewnych bogatszych kręgach stosowana jako rekreacyjny narkotyk. To ketamina. Jednak naukowcy ciągle się obawiają, że może powodować uzależnienie.
    W akademickich klinikach w Polsce testuje się w postaci kroplówek dożylnych pod ciągła obserwacją medyczną.

    https://time.com/4696418/the-club-drug-ketamine-may-treat-depression-but-the-risks-could-be-big/

    https://time.com/5381387/ketamine-opioid/

    Tyle o depresji, która już awansowała bodajże na czwarte miejsce najszybciej rosnących chorób na świecie.

    Później opowiem dlaczego wolę być kognitywistą niż zajmować się wyłącznie psychiatrią.

    Pozdrawiam
  • @Janusz Kamiński 18:24:33
    Bardzo ciekawe informacje.

    Biedni pacjenci, skazani na leczenie w tak niedookreślonych warunkach.

    Bogu dzięki, że w naszej rodzinie nigdy nie było potrzeby korzystania z usług tej dziedziny medycyny.

    Mnie tylko przeraża, że część polskich psychiatrów coraz bardziej agresywnie domaga się dla siebie coraz większego udziału w rynku usług medycznych. Twierdząc na przykład, że 25% Polaków choruje psychicznie.
  • @Rebeliantka 18:39:46
    To prawda. To jest przejmowanie rynku.
    Ale władza na korzyść silniejszych, czyli koncernów farmaceutycznych wykręciła psychiatrom numer.
    Zlikwidowała im sporo wizyt po 120 - 150 zł za kwadrans, albo pół godziny bla, bla, bla.
    Bo jak już wypiszą receptę, to pacjent już nie musi do nich wracać po następną. Kontynuację może realizować zwykły lekarz rodzinny z najbliższej przychodni.

    25% Polaków choruje psychicznie. No tak, bo to jeszcze lepiej niż sądy. Pan psychiatra autorytarnie i jednoosobowo może orzec, że jesteś chory psychicznie.
    I jeszcze lepiej, jeżeli pana doktora rozzłościsz głupimi pytaniami, to ci powie, że już do końca życia będziesz chory i żadne leki nie pomogą.
    Więc trzeba być ostrożnym z tą branżą, bo mogą cię wykończyć.
    W ramach szerokiej akcji - "Uczciwość i etyka ZERO+"
  • @Janusz Kamiński 06:40:18
    Bardzo trafne podsumowanie. Choć smutne ;(
  • @Rebeliantka 02:10:21
    Dalej nieco napiszę (ale osobno u siebie) o PTSD.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

ULUBIENI AUTORZY

więcej